GIGANTYCZNE denko!

17:56


Lubicie denka? Bo ja kocham! Zwłaszcza swoje własne - daje mi to dowód na to, że zużywam kosmetyki w dużych ilościach. Po każdym wykończonym produkcie czuję wewnętrzną satysfakcję, że systematycznie dbam o włosy i calutkie ciało. 

Dzisiejsze denko jest naprawdę ogromne. Zbierałam puste opakowania przez ostatni miesiąc, bo planowałam wkrótce wrócić do pisania bloga. Dziś jest idealna okazja, aby pokazać Wam, co udało mi się w ostatnim czasie zużyć. 

Legenda: 
TAK / NEUTRALNIE / NIE


Tanita, aloesowe plastry z woskiem do depilacji ciała - w sumie ciężko mi powiedzieć, czy te plastry mi się podobały, czy nie. Dlatego oceniam je neutralnie. Jak widać zużyłam 2 opakowania, a więc na pewno nie były fatalne - ale nie oszukujmy się, znam lepsze. Te plastry są bardzo tanie, a ich największy plust polegał na tym, że były przezroczyste, więc dokładnie było widać, gdzie depilujemy. Czasem przycinałam je i depilowałam sobie brwi, wtedy ta cecha owego produktu w szczególności się przydawała. 


Yves Rocher, suchy olejek do ciała - ten produkt mnie raczej wkurzał, niż uszczęśliwiał. Ostatecznie zużyłam go na przesuszone łydki. Teraz YR ma inną wersję tego olejku - dwufazową, która ma inny skład i jest zdecydowanie lepsza. Ten olejek był tłusty, śliski (silikon) i ciężko się wchłaniał, dlatego nadał się tylko pod getry podczas mrozów.  Miałam go długo, bo nie mogłam wymęczyć przez wiele miesięcy, ale w końcu się udało. 


Apart, płyn do kąpieli Jedwab i Noni - przyjemny płyn, tworzący kremową pianę. Pięknie pachnie. Nie wysusza za mocno skóry. Kupiłam go za 5zł na CND w Rossku (dwie butelki różowe i dwie butelki niebieskie) i uważam, że był to bardzo dobry zakup, bo cena niska, a płyn wydajny (jakieś 3x bardziej, niż płyny z Isany, które też lubię). 



Yves Rocher, Pure Calmille, żel do mycia twarzy - przeciętniak. Ani nie grzał, ani nie ziębił - przeciętnie mył buźkę, z makijażem średnio sobie radził. Stał na mojej wannie przez długi czas, używałam go okazjonalnie, resztkę zużyłam do golenia nóg, bo już miałam go dosyć. ;) Myślę, że do niego nie wrócę, dlatego otrzymuje czerwone oznaczenie.



Garnier, płyn micelarny z olejkami - też nie mogłam go wymęczyć, uhhh! Jak dobrze, że już się skończył. Po początkowym zachwycie, nadeszło zmęczenie tym produktem. Ciągłe mieszanie zawartości, aby porządnie zmyć nim całą twarz i pojawiające się od czasu do czasu pieczenie oczu było zdecydowanie ponad moją cierpliwość. Resztkę zużyłam do mycia blenderów do makijażu, w tej roli płyn sprawdzał się dobrze, bo jego olejowa warstwa pomagała w usunięciu resztek podkładu z gąbek. Do tej wersji na pewno nie wrócę. 


Yves Rocher, czarne owoce, żel peelingujący - nie lubię takich produktów. Nie był z niego ani dobry żel, ani dobry peeling. Drobinek było mało, a konsystencja a'la glut skutecznie odstraszała mnie od używania tego kosmetyku. Zużyłam go w końcu do kąpieli stóp. Jedyny plus, jaki mu mogę dać, to za zapach - był bardzo przyjemny. 


Nivea, Care&Diamond, żel pod prysznic - bardzo lubię żele pod prysznic firmy Nivea, a seria Diamond jest zdecydowanie moją ulubioną, jeśli chodzi o zapach. Uwielbiam tę nutę zapachową. Sam żel przyjemny, nie wysuszał mojej skóry, a to lubię w produktach tego typu. Wracam regularnie. 


Nivea, pianka oczyszczająca - produkt przeznaczony do cery suchej i wrażliwej, ale jednak dość mocno mnie przesuszał. Nie był to zbyt wydajny kosmetyk - może to i dobrze, bo gdybym musiała go długo używać, to pewnie byłabym na niego wkurzona, a tak - jest neutralnie. 


Sylveco, lekki krem brzozowy - wiem, że te produkty są lubiane w blogosferze, ale ja niestety nie jestem z nich zadowolona. Miałam do tej pory 3 kremy i żaden mnie nie zachwycił. Jeden z kremów miał także mój mąż i nie był z niego ani trochę zadowolony. Do lekkiego kremu brzozowego na pewno nie wrócę, bo jedyny plus, jaki mogę mu dać, to za opakowanie - uwielbiam takie. Samo w sobie działanie było kiepskie. Nie nawilżał zbyt mocno, nie był wcale taki lekki, a do tego miał naprawdę nieprzyjemny zapach. To już wolałabym, żeby był w 100% bez zapachu. :) 


Ziaja, chłodząca mgiełka z mentolem i witaminą C - kosmetyk o zerowym działaniu. Czy chłodził? Nie bardziej, niż woda termalna. Czy robił coś poza tym? Kompletnie nic. Co najwyżej pachniał jak płyn do mycia toalet. :) Dobrze, że szybko się skończył i kosztował przy tym grosze. 


Lirene, Vital Code, wygładzający multi olejek - cudeńko, prawdziwe cudeńko! Olejek fantastycznie nawilżał, bardzo dobrze się wchłaniał, a przy tym pięknie pachniał - jaśminem. Za każdym razem, jak się nim wysmarowałam, słyszałam od męża komplementy na temat zapachu mojej skóry. Szkoda, że wycofano go z Rossmanna.  Mam nadzieję, że jeszcze gdzieś go dostanę. 


Marion, serum odmładzające do włosów - fajny produkt, oczywiście nie jako solowa pielęgnacja, ale jako uzupełnienie. Włosy po użyciu były sypkie i błyszczące. Serum fajnie pachniało i było bardzo wydajne. Nie obciążało włosów. Myślę, że do niego wrócę przy okazji. 


Dentalux, płyn do płukania ust - płyn z Lidla, całkiem fajny. Był dość słodki i nie był aż tak miętowy, jak inne - nie lubię tej cechy w płynach, kiedy nie możesz porządnie opłukać ust, bo płyn od środka w nie parzy. Tutaj nie było tego problemu. Myślę, że do niego wrócę.  


Wibo, fixing powder - oczywiście zgubiłam nakrętkę. Bardzo lubię ten puder i używam go sama na sobie na co dzień. Świetnie utrwala makijaż, nadaje się do bakingu, nie jest kredowo matowy i nie zmienia koloru podkładu ani korektora. W promocji można go dorwać za 6zł - tylko brać! 


Cien, olejek do kąpieli - szkoda, że kosmetyki dla dzieci tej marki nie są w stałej sprzedaży w Lidlu. Udało mi się go dorwać jakoś jesienią, oprócz olejków były jeszcze płyny i kremy. Cała gama miała fantastyczne składy i śmieszną cenę. Ogólnie miałam 2 butelki olejku i obie zużyłam z przyjemnością. Dodawałam sobie do kąpieli, a przed wyjściem z wody wmasowywałam je dodatkowo w jeszcze mokrą skórę. Olejek fantastycznie nawilżał i ładnie pachniał. 


Perfecta, peeling enzymatyczny - muszę przyznać, że był to całkiem ciekawy produkt. Rzeczywiście, sprawiał, że suche skórki znikały z twarzy, a buzia była gładka i promienna. Nie zmienia to faktu, że wolę klasyczne peelingi mechaniczne, a potem pielęgnację olejkami, dlatego produkt ten dostaje ode mnie ocenę neutralną. 


Delawell, Sweet&Natural, peeling do ciała - przyjemy, mocno ściarający peeling o zapachu skórki pomarańczowej. Działał bardzo dobrze, nie wysuszał skóry, pachniał bardzo naturalnie - krótko mówiąc, byłam z niego zadowolona. Używałam raz w tygodniu na całe ciało od drugiej połowy listopada do wczoraj, także wydajność na plus, co na pewno wynagradza stosunkowo wysoką cenę produktu. 


Bell, Multi Mineral, korektor do twarzy - przeciętny korektor, który kupiłam kiedyś ratunkowo. Jechałam do przyjaciółki na noc, miałyśmy iść na koncert, a ja zobaczyłam, że nie wzięłam ze sobą korektora pod oczy - padło na ten, bo kosztował z 8zł w Biedrze. Odcień teoretycznie jasny, ale oksydował. Krycie średnie. Naprawdę przeciętny kosmetyk. Nie jest fatalny, ale nie wrócę do niego.  


Pull&Bear, New York, woda toaletowa - taka tam mała woda do torebki. Zapach ładny, słodki, ale nie utkwił mi jakoś specjalnie w pamięci. Podejrzewam, że latem wywołał u mnie uczulenie na dekolcie, ale nie dam sobie uciąć ręki, że to akurat ten produkt. Nie kosztował dużo, ale nie trzymał się jakoś wybitnie mocno, dlatego ozaczam go na czerwono.  


Loton, Oil Therapy, olejki - całkiem przyjemne olejki do pielęgnacji włosów oraz ciała. Miałam je długo i przez to troszkę mi się znudziły, dlatego póki co daję im neutralną notkę. Działały tak, jak miały działać, ale są to mieszanki olejków, a nie czyste oleje. 


Patanjali, Kesh Kanti, Natural Hair Cleanser - słyszałam wiele dobrego o tym szamponie, więc postanowiłam go kupić. Miał przedłużać świeżość włosów - na dłuższą metę jednak tego nie robił. Wywołał u mnie bardzo delikatny łupież, niestety, mimo mojego dbania o nawilżenie skóry głowy. Myślę, że ten produkt lepiej sprawdziłby się u osób, które na co dzień używają dużej ilości produktów do stylizacji - w końcu to oczyszczacz. 


Babydream, Extra Sensitive, oliwka pielęgnacyjna - drugi produkt tego typu w denku i ponownie mogę powiedzieć, że byłam bardzo zadowolona. Jest to bezzapachowa oliwka o bardzo krótkim składzie, także na pewno będę ją kupować także dla mojej drugiej królewny. Cieszę się, że ta oliwka wróciła do sprzedaży po kilkuletniej nieobecności. Szkoda tylko, że nie jest dostepna w każdym Rossmannie, a jedynie w tych największych i najbardziej obleganych. 


Mariza, Active Care, krem do stóp - bardzo dobry krem do stóp za małe pieniądze. Dziś otworzyłam drugie opakowanie, co samo w sobie świadczy o tym, jak bardzo lubię ten produkt. Krem pięknie pachnie, jest mega wydajny, fantastycznie nawilża i doskonale sprawdza się w połączeniu ze skarpetkami pielęgnacyjnymi, które ułatwiają wchłanianie się go w stópki. 


Ziaja Med, reduktor przebrawień i żel korygujący pod oczy - produkty, które niestety nic nie robiły. Zerowe działanie na moją skórę. Nie zanotowałam kompletnie żadnych widocznych zmian po użyciu tych kosmetyków, a szkoda. 


Soraya, hialuronowy mikrozastrzyk, krem pod oczy - całkiem przyjemny produkt, dość dobrze nawilżał. Gdyby nie parafina w składzie, to na pewno trafiłby na moją listę ulubieńcow, a tak - jest niestety tylko neutralnie. 

Ziaja, krem pod oczy z witaminą E - Ziaja niestety kolejny raz zawodzi. Krem o zerowym działaniu. Nie zauważyłam żadnego dobroczynnego wpływu na okolice oczu, jedynie lekkie nawilżenie, a chyba nie o to chodzi w kosmetykach tego typu. 

Yves Rocher, Serum Vegetal, wypełniacz zmarszczek wokół ust i oczu - tego kremu używałam tylko pod oczy. Fantastycznie neutralizował poranną opuchliznę, napinał skórę i jednocześnie ją nawilżał. Po kilku minutach mogłam spokojnie nakładać makijaż, bo krem - mimo porządnego odżywienia - nie zostawiał na skórze żadnego tłustego filmu i szybko się wchłaniał. Wrócę do niego przy najbliższej okazji. 


GlySkinCare, serum z witaminą C - pisałam o nim tutaj. Ogólnie byłam z niego bardzo zadowolona, ale do tej marki nigdy nie wrócę z powodów osobistych, dlatego czerwony kolor. Raz moja opinia może być subiektywna, a co mi tam. ;) 


Ziaja, masło kakaowe, krem do rąk - lubię całą tę serię i ten krem też był przyjemny. Był lekki, ładnie pachniał i całkiem fajnie wpływał na skórę. Na pewno jeszcze go kupię w przyszłości. 


Batiste, Beautiful Brunette, suchy szampon - jednak suche szampony Batiste są najlepsze. Zwłaszcza że jako pierwsze miały w swojej gamie wersję tego produktu dla ciemnowłosych. To już moje drugie opakowanie tego szamponu i na pewno w najbliższym czasie zakupię kolejne. W ostatnim czasie Isana wypuściła suchy szampon dla brunetek, ale niestety do Batiste się on nie umywa, bo jest... rudy i jakoś nieprzyjemnie oblepia włosy. A Batiste ma rzeczywiście chłodny, ciemny, brązowy kolor i w żaden sposób nie obciąża kosmyków. 


Olejek z drzewa herbacianego - uważam, że jest to must have w każdej łazience. Fajny produkt, antybakteryjny, wypryskobójczy, ma bardzo szeroką skalę zastosowań. Jedyne, co się może w nim nie podobać, to jego zapach - bardzo specyficzny, ale da się przywyknąć. 


Essence, Make Me Brow - był to przyjemny żel do brwi, ale jednak trochę za jasny dla mnie i za mało barwiący skórę. Wolę takie, które oprócz włosków, delikatnie koloryzują także obszar pod nimi, co daje efekt bardziej wyrysowanych brwi. Niemniej jednak, żel z Essence zużyłam do końca, bo przydawał mi się latem przy lekkim, niemal niezauważalnym makijażu. 


Alterra, olejek do włosów - fantastyczny olejek do włosów i ciała. Szkoda, że butelka jest malutka, ale za to cena przy tym też nie była z kosmosu, bo kupiłam go w jakiejś promocji i zapłaciłam 10zł za 2 opakowania. Olejek jest gęsty, tłusty, mocno odżywczy i pachnie brzoskwiniami. Ja byłam z niego bardzo zadowolona - fajnie, że mam jeszcze jedną buteleczkę, zaraz ją otworzę. 


I tak przedstawiają się moje zużycia z ostatnich tygodni. 

Znacie te produkty? Macie o nich podobne zdanie? Piszcie koniecznie!


You Might Also Like

0 komentarze