Ulubieńcy KOSMETYCZNI kwietnia!

11:04


Czas na comiesięcznych ulubieńców kosmetycznych. Które kosmetyki pokochałam w kwietniu? Dlaczego właśnie te? Wszystkiego dowiecie się poniżej. 


Yves Rocher, Tradition de Hammam, olejek do ciała - wg producenta jest to olejek do masażu, jednak ja z powodzeniem stosuję go po wieczornym prysznicu, na jeszcze mokre ciało. Jest to już moja druga butelka, a trzecią pewnie niedługo zakupię. Olejek jest cudowny, wspaniale nawilża i pięknie pachnie. W kontakcie z mokrą skórą świetnie się rozprowadza i zostawia po sobie długotrwałe odżywienie. No i ten wspaniały zapach - no cudo! Jedyny jego minus to cena, jednak w promocji i jeszcze przy kodach zniżkowych wychodzi korzystnie, dlatego wracam do niego i pewnie będę wracać jeszcze niejednokrotnie. ;)


Uroda, Oil Repair, kuracja odmładzająca - kolejny olejek, tym razem do twarzy. Niepozorne maleństwo, bo ta buteleczka jest naprawdę miniaturowa, ale czyni cuda! Wspaniale nawilża skórę, wygładza ją, nie zapycha, koi. Składa się z samych olejków, więc w sumie nie ma tutaj tak naprawdę co zapychać. Wystarczą 3 kropelki, aby nawilżyć całą buzię, łącznie z obszarem pod oczami, więc taka malusia buteleczka jest w gruncie rzeczy bardzo wydajna. Kupiłam ten olejek za 9zł i odkąd zużyłam krem z Evree, to właśnie on ląduje co wieczór na mojej buźce. 


Sephora, Teint Infusion - do tego podkładu podchodziłam bardzo długo. Z jednej strony ubóstwiam lekkie mazidełka, a z drugiej bałam się, że będzie to produkt na miarę podkładów The One z MUR (czyli bardzo suche wykończenie). Kupiłam go więc w ostatnim czasie za 45zł (cena regularna to 75zł) - wciąż nie jest to mało, wiem, ale w razie skuchy wolałam jednak zachować te 30zł w kieszeni. Całe szczęście, podkład okazał się fantastyczny. Muszę go co prawda nieco rozjaśniać (właśnie białym MURem, mimo że to najjaśniejszy kolor - nr 12), ale wpływa to jedynie na jego odcień, właściwości zostają te same. Jaki jest sam podkład? Jest on na bazie wody, więc jest ultralekki, niemal niewyczuwalny na twarzy. Gdy się po niej dotykam w ciągu dnia, to mam wrażenie, jakbym dotykała czystej skóry. Buzia jest gładka, podkład nie podkreśla zmarszczek, porów, trzyma się długo i wygląda naprawdę nieskazitelnie. Krycie określiłabym jako lekkie do średniego, ale mi takie w zupełności wystarcza. To z pewnością będzie mój idealny podkład  na lato, bo tak lekkiego jeszcze nigdy nie miałam. 


Wibo, Fixing Powder - rewelacyjny i bardzo tani puder sypki w mega jaśniutkim odcieniu. Moje drugie opakowanie. Kupiony za szalone 5zl - nie wiem, jakim cudem uchował się w szafie Wibo do ostatniego dnia "twarzowej" promocji. Puder jest bardzo drobniutki, miałki, fantastycznie współpracuje z mokrą gąbeczką (jajeczkiem do makijażu - w ostatnim czasie tylko w taki sposób nakładam puder), a na twarzy jest całkowicie niewyczuwalny. Dobrze utrwala podkład, nie matuje zbyt mocno, delikatnie rozjaśnia i ochładza makijaż pod względem odcienia, choć jest to naprawdę bardzo subtelna i ledwie zauważalna zmiana. Mogłabym się o nim wyrażać w samych superlatywach. Kupujcie i używajcie - nawet za regularną cenę.  


Bourjois, Delice de Poudre 51 - nie wiem, od kiedy w PL jest dostępny ten jaśniejszy i ładniejszy odcień bronzera z Bourjois. Ten poprzedni i ciemniejszy (52) absolutnie mi się nie podobał, więc nigdy nie zwracałam na niego uwagi. Podczas "twarzowej" promocji rzucił mi się w oczy odcień 51. Stwierdziłam, że wezmę, bo kolor i konsystencja wydawały się fajne. W ten sposób puder trafił do ulubieńców - ma piękny, czekoladowy kolor, fantastycznie się go rozciera i jest naprawdę bardzo trwały. Jest to zdecydowanie najtrwalszy bronzer, jaki kiedykolwiek miałam. Bije wszystkie inne na głowę (nawet Bahama Mamę, niestety) pod względem tego, ile czasu pozostaje na skórze. Jest to dość jasny produkt, więc jest dobry dla bladziochów - u śniadolicych może być praktycznie niewidoczny na buzi. Po promocji kosztował około 34zł, więc nadal sporo, ale jest duży i z pewnością wydajny, bo nie pyli i nie kruszy się, jest mocno sprasowany i suchy. 


Miss Sporty, Insta Glow Blusher, Radiant Mocha - teraz czas na coś tańszego. Wzięłam ten róż tylko dlatego, że spodobał mi się jego odcień i wykończenie - satynowo-rozświetlające. Testera nie było, więc nie miałam możliwości sprawdzić pigmentacji, konsystencji ani ogólnego zachowania różu. Po rabacie kosztował niecałe 8zł, więc uznałam, że nic nie ryzykuję, a odcień jest naprawdę śliczny. Okazało się jednak, że jest to bardzo dobry róż. Pigmentacja powala, choć w dotyku jest dość suchy - wystarczy musnąć róż pędzelkiem i mamy na policzkach pełny kolor. Wykończenie jest fajne, bo nie jest to mocno rozświetlający produkt, raczej taki bardziej w kierunku satyny, ale wciąż mu daleko do matu. No i ten kolor! Przybrudzony, lekko brązowawy róż. No cudo, cudo, cudo! 


Golden Rose, matowa pomadka w płynie nr 10 - te pomadki są w ostatnim czasie bardzo popularne w blogosferze, więc nie mogłam się powstrzymać przed zakupem, zwłaszcza kiedy trafiłam na świeżą dostawę i był dostępny odcień 10, czyli siny różobrąz (kocham takie kolory!). Z doświadczenia wiem, że odcienie tego typu bardzo dobrze na mnie leżą (taki mam typ urody, że pasują mi takie sine odcienie na ustach i nie wygląda to u mnie trupio), dlatego mój wybór był jasny. Pomadka okazała się fantastyczna - bardzo trwała, dość komfortowa w noszeniu, a odcień jest naprawdę przepiękny. Będzie perfekcyjny na jesień i zimę, choć latem także nie omieszkam go często nosić. 


Inglot, eyeliner nr 74 - koło tego koloru chodziłam z 1,5 roku, jeśli nie więcej. Zawsze miałam ochotę go kupić, jednak ostatecznie uznawałam, że lepiej wziąć czarny. W końcu zdecydowałam się jednak na 74 i nie żałuję. Jest to piękna oberżyna (na zdjęciu kolor jest przekłamany, zdecydowanie zbyt chłodny), która fantastycznie współgra z zieloną tęczówką. Kolor ten zastępuje mi często czerń i czuję się w nim bardzo dobrze (dziś też mam go na oczach). Ostatnio bardzo często noszę kocie kreski i na zmianę używam Inglota oraz pisaka z Essence (który jest akurat po prostu czarny). Liner z Inglota jest trwały, bardzo dobrze się go nakłada, jest odpowiednio kremowy - czego chcieć więcej?  


Donegal, jajko do makijażu - jajeczka to u mnie must have. Pod oczy używam aktualnie oryginalnych Mini Micro z BB (ale na opinię w tym temacie jeszcze musicie poczekać), natomiast na twarz wystarcza mi póki co gąbeczka z Donegala za 12zł. Jest to bardzo duże jajko, bardzo miękkie, mocno rośnie  po kontakcie z wodą. Dość łatwo się je myje. Nakładam nim podkład, a potem zagruntowuję wszystko pudrem na mokro, pod oczami stosuję jeszcze dodatkowo sandbagging lub jeśli ktoś woli - baking, czyli nakładam grubszą warstwę pudru sypkiego i daję mu chwilkę, aby "wpracował" się w podkład. Dzięki temu uzyskuję idealne wykończenie, a makijaż jest lepiej utrwalony. 


Ingrid, Love Story Dreams - woda toaletowa o bardzo sentymentalnej dla mnie nucie zapachowej. Pachnie jak niegdyś uwielbiana przeze mnie seria Timotei Czereśnia i Bawełna. Długo szukałam czegoś, co zastąpi mi ten zapach - kojarzy mi się on ze wspaniałymi, naprawdę wspaniałymi momentami, no i oczywiście bardzo mi się podoba. Nie spodziewałam się, że znajdę praktycznie identyczną woń w wodzie z Ingrid za 14,99zł. Zapach jest elegancki, niespotykany, lekki i zwiewny. Jego nazwa zapewne nasuwa Wam nam myśli jakąś przesłodzoną tandetę, ale są to zupełnie inne klimaty. Gdy się nim popryskam, to czuję się 8 lat młodsza. ;) Jest idealny na wiosnę i lato, więc zapewne  będzie wiódł prym wśród moich zapachów w tym sezonie. Świetna cena, ładny flakon, bardzo dobra trwałość i idealna projekcja - dla mnie bomba. ;) 


Tak prezentują się moi ulubieńcy kwietnia. A jak wyglądają Wasi? ;) 

You Might Also Like

0 komentarze