Co u mnie? Przeprowadzka, walka o zdrowie, nowa praca.

14:55

Dzisiejszy post jest dla mnie mega ważny. Obiecałam go Wam już dawno i chyba w końcu do niego dojrzałam emocjonalnie. Od początku lutego tego roku w moim życiu nastało naprawdę bardzo, bardzo dużo zmian.

Zacznijmy jednak od początku.


Pod koniec stycznia w naszym życiu pojawił się nowy członek rodziny - nasz wymarzony Maine Coon, Bejrut. Stali czytelnicy mojego bloga już doskonale go znają, tak samo jak obserwatorzy mojego pejdża. Mój kot pojawia się bardzo często na blogu i facebooku. Może dla niektórych ludzi kot to nic szczególnego, ale ja traktuję zwierzęta praktycznie po ludzku, dlatego pojawienie się tego futrzaka w naszych progach było dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem. 

Musieliśmy się poznać, przyzwyczaić do siebie, zwłaszcza moja córka do kota i kot do córki, ale od jakiegoś czasu w naszym domu panuje idealna harmonia w tej kwestii. 


Z początkiem stycznia mój mąż wyruszył na podbój Katowic - to miasto miało być naszym nowym domem. Dlaczego Katowice? Historia jest długa, ale w skrócie wygląda to tak, że Katowice są rajem dla spawaczy, a taki zawód wykonuje właśnie mój mąż. Ostatecznie jednak, po niecałych dwóch tygodniach mój mąż powrócił na Warmię i Mazury. Tydzień później znaleźliśmy idealne mieszkanko i w ciągu 24h od podpisania umowy byliśmy w nim ze wszystkimi naszymi rzeczami. Miało być 500km od mojego rodzinnego domu, ostatecznie jednak stanęło na 20km. ;) Czy się cieszę? BARDZO! Kocham Olsztyn, kocham moją rodzinę, kocham moich przyjaciół i nie wyobrażam sobie teraz, abym miała mieszkać bez nich w Katowicach. O nie. Nie ruszam się z Olsztyna. ;)


Przeprowadzka nie była łatwa, wspominam ją chyba najgorzej ze wszystkich wydarzeń, ponieważ naszych rzeczy było tak dużo, że musieliśmy je przewozić kilka razy, nie mówiąc o rozpakowywaniu (choć pakowanie chyba było nawet gorsze...). Udało się jednak to wszystko zgrabnie ogarnąć i już we wtorek nasze rzeczy leżały w przeznaczonych dla nich  miejscach. 

Zmiana miejsca zamieszkania wiązała się także ze zmianą przedszkola mojej córci, ale tutaj - mimo moich obaw - obyło się bez komplikacji. Oliwia bardzo szybko przyzwyczaiła się do nowego miejsca,  nowych Pań, nowych koleżanek i kolegów. Cieszę się, że moja córka jest dość śmiałym, małym człowieczkiem, bo gdyby była wycofana, to na pewno adaptacja trwałaby o wiele dłużej. 


My sami także przywykliśmy już do naszych ukochanych Jarot i na razie nie planujemy się stąd wynosić. Myślimy już intensywnie o budowie własnego domu, ale jest to plan na następny rok. Nie wyobrażam sobie mieszkania w wynajętym lokum przez całe życie i dziwię się ludziom, którzy wolą pakować pieniądze w czyjeś, niż w swoje - ale cóż, nie zbaczam z tematu. :)


W moim życiu zawodowym też rozkwitło. Pracuję teraz jako solowa stylistka paznokci i wizażystka na nowo otwartym stanowisku kosmetycznym w jednym z jarockich salonów. Czy jest dobrze? Bardzo! Klientek jest coraz więcej, mają coraz to lepsze pomysły na paznokcie. Oby tak dalej! 


Zaczęłam dbać także o zdrowie - przypuszczenia się sprawdziły, jest problem z tarczycą. To właśnie przez nią przytyłam 10kg od mojego ślubu. To ona odpowiada za całkowicie rozregulowaną gospodarkę hormonalną, pokruszone włosy, paznokcie z papieru, napady wściekłości, stany depresyjne i wieczne zmęczenie. W najbliższym czasie idę do najlepszego endykrynologa w Olsztynie, mam nadzieję, że odpowiednio dobrane leczenie pomoże mi zwalczyć zbędne kilogramy i poprawi moje samopoczucie. 



Problemy ze zdrowiem zmusiły mnie do przejścia na odpowiednią dietę (niski indeks glikemiczny). Nie zawsze jej przestrzegam, bo czasem coś kusi, ale naprawdę się staram. Dzięki temu lepiej się czuję, mam więcej energii, a waga spada, mimo że nie chodzę głodna. Za 5 tygodni moje urodziny, mam nadzieję, że do tego momentu zrzucę przynajmniej 5kg. Zostanie mi do zrzucenia jeszcze minimum 3kg, ale moje samopoczucie będzie na pewno o wiele lepsze. Nie jestem w stanie zaakceptować mojego ciała w takim rozmiarze. Walczę o siebie dla siebie. ;) 


Na co dzień funkcjonuję prawie jak samotna matka ;) - miłość mojego życia pracuje w delegacji 200km od domu, przyjeżdża na weekendy. Przyzwyczailiśmy się i nie jest źle, daję sobie radę w pojedynkę z ogarnięciem pracy, domu i córci. Nie widzimy się przez 4 dni w tygodni - da się wytrzymać. Oczywiście, wolałabym mojego męża non stop na miejscu, ale aktualna praca daje mu możliwości rozwoju, których nie będzie miał nigdzie indziej. Nie wspominając już o stronie finansowej takiej pracy, ale o tym nie będę pisać. 


Czy jestem szczęśliwa, że wszystko poukładało się zupełnie inaczej, niż planowaliśmy? Bardzo! Nie wyobrażam sobie wyprowadzki z Warmii i Mazur. Wystarczyło zmienić miejsce zamieszkania z Giet na Olsztyn, aby poznać nowe perspektywy życiowe. Jest dobrze. Będzie tylko lepiej. Rok 2016 już teraz mogę zaliczyć do udanych, co jest miłą odmianą po fatalnym 2015, który był dla mnie bardzo stresujący, męczący i doprowadzający do szału (co na pewno bardzo niekorzystnie wpłynęło na moje zdrowie, bo niestety dokładnie wiem, kiedy i dlaczego się to wszystko zawaliło). 

To tak w skrócie. Mamy za sobą małą rewolucję życiową, ale nauczyło nas to jednego - nie jest ważne gdzie jesteśmy, liczy się tylko to, z kim jesteśmy. 

A jak wyglądają Wasze plany na najbliższy czas?



You Might Also Like

0 komentarze