Jak pozbyłam się 10mm tuneli?!

11:47


Jeśli obserwujecie mojego pejdża, to na pewno wiecie, że w polowie grudnia postanowiłam, że wyjmę moje 1cm tunele. Nosiłam je przez 3 lata. Rozciąganie uszu rozpoczęłam w 2011r, ale robiłam to powoli i spokojnie. Przez długi czas nosiłam 5mm, dopiero po jakimś czasie postanowiłam rozszerzyć dziurki do 1cm. Tunele lubiłam - z naciskiem na czas przeszły. Przyszedł w moim życiu taki moment, że mój styl całkowicie się zmienił i uznałam, że o ile labret i tatuaże są jak najbardziej okej, o tyle tunele już do mnie nie pasują. "Kropką nad i" był moment, kiedy moja przyjaciółka sprezentowała mi kolczyki - to właśnie ona sprawiła, że podjęłam decyzję o usunięciu moich tuneli. Przyznam szczerze, że bałam się trochę tego całego procesu gojenia się moich uszu. Obawiałam się, że nic z tego nie wyjdzie - albo że będzie to trwało bardzo długo, a ja będę musiała chodzić z widocznymi dziurami w uszach, co nie było estetyczne.


Po wyjęciu tuneli zaczęłam więc intensywnie myśleć nad tym, jak zasłonić nieestetyczne dziurzyska. Do głowy przyszedł mi bardzo prosty pomysł - postanowiłam zaklejać płatek ucha małym, cielistym plastrem. Absolutnie nie rzucało się to w oczy, nikt tego nie zauważał, a jak już zauważył - to nie wnikał, więc nie musiałam wyjaśniać, dlaczego zakleiłam swoje uszy. Plaster działał idealnie, bo nie tylko zasłaniał brzydką, dużą dziurkę, ale także i trzymał w ryzach płatek mojego ucha, co znacznie przyspieszyło jego kurczenie się. Plastry oczywiście zdejmowałam na noc. 

Codziennie wieczorem masowałam płatki ucha z odrobinką olejku. Oglądając jakiś serial, poświęcałam każdemu uchu około 5 minut, aż czułam, że olejek w dużej mierze się wchłonął. 

Możecie wierzyć lub też nie, ale powyższe zdjęcie wykonałam po tygodniu od wyjęcia tuneli. Masaż ucha i plastry zdziałały cuda - dziurki skurczyły się w naprawdę dużym stopniu. Po naciągnięciu płatka, moja dziurka miała jakieś 3-4mm, ale wyglądała na mniejszą. Niektóre kolczyki już się utrzymywały i nie wypadały, ale najważniejsze było to, że mogłam przestać nosić plastry, bo dziurki takiej wielkości wyglądały już dobrze. W tamtym momencie zostawiłam swoje uszy w spokoju, przestałam je masować, zaklejać, cokolwiek z nimi robić - pozwoliłam im samoistnie dochodzić do siebie. 


Powyższe zdjęcie zrobiłam wczoraj. Jak widzicie, w uszach  mam malutkie kolczyki sztyfty. Nie mogłam się doczekać momentu, w którym będę mogła takie założyć bez obaw o to, że mi wypadną. W tym momencie mogę już nosić wszystkie kolczyki - nic nie wypada. Wydaje mi się, że moje dziurki mają jakieś 2mm, maksymalnie 2,5. Podejrzewam, że jeszcze troszkę się skurczą, ale generalnie nie muszą - taka wielkość dziurek nie stanowi już żadnego problemu. Skóra naokoło nich musi jeszcze dojść do siebie, bo jest troszkę "sfatygowana", ale widzę to tylko ja. Nareszcie mogę nosić swoje piękne kolczyki, których trochę mi się nazbierało w ciągu ostatnich pięciu lat, bo często dostawałam jakieś w prezencie albo kupowałam całe komplety biżuterii gdzie były także kolczyki. 

Ktoś zapewne zapyta, po co w takim razie były mi tunele?
5 lat temu bardzo mi się podobały. Chciałam, to sobie je zrobiłam. W żaden sposób na tym nie ucierpiałam, jak zresztą widać po powyższych zdjęciach. Odpowiednia pielęgnacja i fakt, że rozciągałam uszy powoli sprawiły, że skurczenie się dziurek nie stanowiło żadnego problemu. 
Także tak wygląda moja historia na ten temat. Nie robiłam z uszami nic szczególnego, aby doszły do siebie - kluczowym czynnikiem było powolne rozciąganie dziurek, co sprawiło, że nie mam blizn po rozdarciach w dziurkach. Teraz cieszę się znów z pięknych kolczyków w uszach, ale nie żałuję, że miałam tunele - bo je lubiłam, po prostu. ;) 

A Wam, podobają się tunele? Czy wolicie zwykłe kolczyki?

You Might Also Like

0 komentarze