Bejrut - mój MAINE COON.

22:21


Maine Coon - rasa bardzo chętnie kupowana przez rodziny z dziećmi. MCO postrzega się jako koty pozbawione agresji, ciche, spokojne i sympatyczne. Wg przekonań przeciętnego kociarza są to zwierzęta o nieskończonych pokładach cierpliwości, ciche, milutkie, choć wielkie.

Zanim adoptowałam Bejruta, czytałam bardzo dużo o tej rasie. Planowałam zakup kociaka z hodowli, więc adopcja mojego dorosłego osobnika nie była planowana - logiczne. Zakup malucha planowaliśmy na wiosnę/wczesne lato tego roku i do tego czasu zamierzałam poznać te zwierzęta na wskroś. Nie zdążyłam - Bejrut znalazł się u nas z dnia na dzień. Historię jego adopcji opisałam tutaj. O MCO marzyłam od dawien dawna. Majestat i nieskończona uroda tych kotów bardzo do mnie przemawiały - z reguły kocham każdego kota (w poprzednim wcieleniu chyba sama byłam kotem!), ale jestem fanką piękna, więc dodatkowy atut w postaci wspaniałego wyglądu zdecydowanie do mnie przemawiał. No i ich rozmiar! Niestety, taki kot nie jest tani i dopóki nie pracowałam, nie mogłam nawet myśleć o jego zakupie - skąd wzięłabym 2000zł na jego zakup, nie mając dochodów? Przez wiele lat posiadanie MCO pozostawało więc w sferze marzeń - aż do końcówki poprzedniego roku, kiedy to zdecydowaliśmy z mężem, że po przeprowadzce do Kato zakupimy malucha w jakiejś lokalnej hodowli - ale takiej z prawdziwego zdarzenia. Zaczęłam się nawet rozglądać za konkretną, która planowała miot na marzec - takiego kotka można odebrać w czerwcu. 

Rzeczywistość bywa jednak przewrotna. Jak wiecie, ani Katowice, ani zakup kota nie doszły do skutku. Obecnie jesteśmy w Olsztynie (historię mojej przeprowadzki zdradzę Wam już wkrótce) z naszym adoptowanym, półtorarocznym Bejrutem. 


Bejruta mamy od połowy stycznia. Jest to rasowy, rodowodowy kocur z hodowli Afgan (miot B, jak nietrudno się domyślić). Posiada ten prawdziwy rodowód, honorowany na całym świecie - pamiętajcie, aby przy zakupie zwierzęcia upewnić się, że hodowla oferuje właśnie takie rodowody, świadczące o przynależności hodowli do FIFe (a co za tym idzie, do Felis Polonia - FPL, bo to ich polski przedstawiciel). Są w Polsce "hodowle", dające rodowody opatrzone pieczęciami jakichś pseudostowarzyszeń. Zazwyczaj z takich rodowodów nie dowiecie się niczego. Z prawdziwego rodowodu wyczytacie przodków - więc możecie sprawdzić, jak wyglądały koty, których geny posiada Wasz mruczek, znajdziecie na nich także współczynnik inbredu - jest to współczynnik pokrewieństwa, pozwalający oszacować zachowanie danych cech przodków kota w danym miocie. Z niektórych rodowodów dowiecie się także, czy kot jest obciążony genetycznie jakimiś chorobami. Z oczywistych oczywistości znajdą się na nim także informacje o hodowli, hodowcy, imieniu kota, dacie urodzenia, płci, umaszczeniu i rodzicach kota. Prawdziwy rodowód jest dowodem na to, że kot jest czystym przedstawicielem swojej rasy, bez mieszanek w genach przodków.

Mój kocur jest kastratem. Jego kastracja miała miejsce rok temu i był to warunek konieczny do otrzymania rodowodu - nie wszystkie koty można dalej hodować ze względu na przodków, a cena kota hodowlanego jest o wiele wyższa, niż kota na kolanka (czyli kota do domu, bez możliwości rozwoju hodowli na jego bazie). Poprzedni właściciele nie odebrali rodowodu - zrobiłam to dopiero ja. Właścicielka hodowli musiała mieć pewność, że Bejo jest kastratem, więc musiałam jej przedstawić stosowne dokumenty. Rodowód mam już w domu i obecnie planuję wystawienie mojego pięknego kocura na wystawie w kategorii MCO wykastrowanych. Czy mój plan dojdzie do skutku - zobaczymy, nie jest to mój priorytet. 


Miałam w tej notce skupić się na charakterze i zachowaniu mojego MCO, a więc przejdźmy wreszcie do konkretów. Czy moja wizja na temat Maine Coonów została ziszczona? Przyznam szczerze, że nie do końca. Zanim jednak wprowadzę Was głębiej w ten temat, dodam od siebie tylko tyle, że mimo wszystko kocham mojego kota całym sercem - nie jestem nieszczęśliwa, niezadowolona czy zawiedziona. Nie. Po prostu nie wszystkie MCO są takie same.  


Przede wszystkim, mój Maine Coon wcale nie jest taki łagodny. Zdarza mu się pokazać pazurki mojej córce, gdy ta za mocno mu dokucza - bardzo rzadko, ale zdarza się. Denerwuje mnie to i mam nadzieję, że wypracujemy jakiś postęp w tym temacie. Bejrut to młody kot, można go jeszcze nauczyć wielu rzeczy i przyzwyczaić do różnych zwyczajów - dlatego podkładam głębokie nadzieje w to, że on i Oliwia zaczną się nieco lepiej dogadywać. To chyba najbardziej mnie zawiodło, mimo wszystko. Na pewno inaczej by było, gdyby był z nami od kociaka - jego zachowanie wynika zapewne z faktu, że jego poprzedni właściciele nie mieli dzieci w takim wieku, tylko o wiele starsze. Moja córka z kolei bywa nadgorliwa... ;) 

Bejrut jest bojuchem roku. Tak. Boi się wszystkiego. Gdy mieszkaliśmy jeszcze w moim rodzinnym domu, przerażał go sam widok schodów na dół, ciągle wypatrywał jakiegoś ruchu tam, a gdy już ktoś wchodził do nas na górę, to uciekał z burczeniem za łóżko. Teraz, gdy mieszkamy w cichutkim mieszkaniu w szeregowcu, jest nieco inaczej. Nie ma widoku na schody, więc się ich nie obawia - ale ucieka, gdy słyszy sąsiadów wchodzących na górę. Powierzchnia też jest o wiele mniejsza, więc sam fakt mieszkania tutaj oszczędza mu stresu w porównaniu z wielkim domem moich rodziców. Czytałam jednak, że te koty dość często są tchórzami roku, zatem nie wydaje mi się, aby Bejo był jakimś wyjątkowym odstępstwem od normy. 

Bejrut jest kotem dość wyniosłym i zdystansowanym. Nie jest to taki kanapowo-kolankowy mruczuś, który non stop będzie siedział pod ręką i dawał się głaskać. O nie. To on decyduje, kiedy ma ochotę na pieszczoty i kto ma być ich wykonawcą (w 95% przypadków jestem nim ja). 

Kiedy już się zdecyduje na pieszczoty, jest niemożliwie kochany! Kładzie się na moje kolana, barankuje, ugniata, ostatecznie układa się wygodnie (zawsze któraś łapa spada ze mnie, bo to to wielkie przecież...), mrucząc z 5 razy głośniej, niż przeciętny kot i cmoka moje ubranie. Najbardziej lubi szlafroki. Z doświadczenia wiem, że to odruch ssania, zwany również chorobą sierocą kotów - mój kot został za szybko odebrany od matki. Nie wiem, czy to możliwe, skoro jest to kot hodowlany i w świat został wypuszczony dość późno, no ale - nie przeszkadza mi to. Wręcz przeciwnie, uważam to za najwyższy dowód miłości i uznania ze strony kota. Oczywiście robi tak tylko mi. ;) W rodzinnym domu mieliśmy kiedyś kicię, która ubóstwiała moją Mamę i też ją cmokała. Coś wspaniałego. Oczywiście po 15 minutach takiego cmokania przez mojego giganta jestem cała mokra. ;) 

Mój MCO nie jest kotem z gracją. No nie jest i już. Brakuje mu tej typowej kociej gracji. Potyka się, przewraca, spada, nie umie dobrze wskoczyć na coś. Jestem jednak spokojna, bo po lekturze wielu poradników dla właścicieli MCO dowiedziałam się, że praktycznie wszystkie Kuny takie są. Wynika to z ich gabarytów - nie ma co oczekiwać od olbrzyma gracji baletnicy. 

Bejrut sprząta przy swojej misce z żarełkiem. Przed każdym posiłkiem, a raczej napiciem się,  musi wyczyścić podłogę naokoło miski. Szura łapą po podłodze, jak podczas korzystania z kuwety - na początku ja i mój mąż mieliśmy oczywiście śmiechawę z tego, bo doszliśmy do wniosku, że dajemy mu g***niane jedzenie i stąd jego skojarzenia z kuwetą. ;) Wiem, że jest to kolejna, typowa dla większości MCO cecha. 

Mój koteł ubóstwia drapać szyby i lustra. Choć może nie dosłownie - bo nie drapie, po prostu gra w "koci koci łapci" ze swoim odbiciem. Zazwyczaj robi to rano lub po dużym posiłku, ewentualnie relaksuje się w ten sposób po sytuacji stresowej. I tu kolejna cecha większości MCO. 

Jeśli spodziewacie się, że Wasz koteł MCO będzie kotem niechętnym do zabaw - zdziwicie się. Większość Maine Coonów uwielbia zabawy - zwłaszcza w godzinach nocnych. Wiem coś o tym, Bejrut uwielbia włazić pod kołdrę i drapać nas po stopach. Oczywiście jest to wkurzające, no ale cóż począć - kot to kot. :D 


Oprócz tego, mój kot gubi naprawdę minimalną ilość sierści. Jestem pod wrażeniem, jak mało mu jej wypada. Byłam pewna, że ten kot to będzie armagedon dla moich ciemnych ciuchów, ale nie - jego sierść praktycznie wcale nie wychodzi. Być może wynika to z pory roku i dopiero wiosną przekonam się o możliwościach jego włosia, ale z tego co wiem, to te koty mają sierść wielosezonową, która w niewielkim stopniu reaguje na pory roku. 

Podobno Maine Coony to koty niezwykle gadatliwe - Bejrut potwierdza tę regułę. Gada i gada. Non stop do mnie zagaduje. Dziób mu się nie zamyka. Do tego dochodzi fakt, że ciągle za mną chodzi. Gdzie ja, tam i on - oczywiście ze swoim miaukaniem. Skutkuje to tym, że z jednej strony moja córka ciągle woła "Mamo! Mamusiu!", a z drugiej kot miauczy i mrauka, bo coś chce. Albo i nie chce, ale pogadać przecież musi. ;) W tym momencie właśnie usiłuje władować się  na moje kolana (spadając co chwilę) ze śpiewnym mruczeniem w celu pocmokania mojego szlafroka. I jeszcze ma pretensje, że siedzę w taki sposób, że nie może wejść. 

Bejrut jest kotem wiecznie głodnym, ale dawkuję mu jedzenie w odpowiednich porach i ilościach. Jest kastratem, więc muszę dbać o to, aby nie stał się puchatą kulą. Na ten moment waży 7kg, a że jest jeszcze młody, to na pewno waga ta troszkę sama z siebie podrośnie. 

Ostatnie, co przychodzi mi do głowy na temat mojego kota to fakt, że jest to zwierzę  naprawdę wyjątkowo czyste. Nie kąpałam go, odkąd go mam - MCO nie powinno się zbyt często kąpać. Mimo to jego sierść pachnie. Nie śmierdzi kocurem - pachnie czystymi włosami człowieka. Coś niesamowitego. Jeszcze nie miałam tak czystego kota. 


Reasumując, Bejrut to przewrotny typ. Jest strachliwy i ostrożny, brak mu cierpliwości do mojej córki, ale z dnia na dzień widzę poprawę. Ubóstwiam go, a on odwdzięcza mi się tym samym. Cieszę się, że znów jestem kociarą - po trzech latach bez kota pod jednym dachem. 

A Wy, macie kota? 

Uprzedzam pytania - wszystkie zdjęcia przedstawiają mojego kota i są mojego autorstwa.

You Might Also Like

0 komentarze