Spełniłam jedno z marzeń.

11:30



Nie wiem, czy pamiętacie moją niedawną wishlistę? Jeśli nie, to znajdziecie ją tu.
Pisałam w niej, że w planach mamy także zmianę samochodu i zakup rasowego kota. Wiem, że wiele osób by w tym momencie powiedziało, że jestem snobem - w końcu tyle fajnych kotów jest w schroniskach. Ja się z tym całkowicie zgadzam, ale w przypadku wyboru naszej wymarzonej rasy kierowaliśmy się charakterem Maine Coonów. Są to koty towarzyskie, wygadane, baaaaaardzo łagodne - a chyba tego właśnie potrzebuje przezorny rodzic?


W każdym razie, zakupu kota nie dokonałam. Adoptowałam go. Bejrut, bo o nim dziś mowa, to 1,5roczny czysty, rodowodowy Maine Coon ze znanej hodowli, którego poprzedni właściciele nie dawali sobie rady z utrzymaniem trzech zwierząt i zapewnieniem im opieki na czas ich wyjazdów. Bejrut był prezentem - nie do końca przemyślanym. Historia jego adopcji jest tak w zasadzie długa, bo trwała ponad 2 miesiące - ale nie składała się z przygotowań obu stron do wspólnego zamieszkania. Na ogłoszenie o chęci oddania kotka trafiłam w serwisie OLX. Była to połowa listopada poprzedniego roku (2015, nie 2014, ofkors). Skontaktowałam się z Panem, usłyszałam powyższą historię - było to sobotnie popołudnie. Umówiliśmy się, że kotek zostanie mi przywieziony następnego dnia o godzinie 10. O 8:30 odebrałam telefon, że kotek jednak nie idzie do adopcji. Okej, ze smutkiem przyjęłam taką wersję wydarzeń, bo co innego mogłam zrobić? Pamiętam, jak powiedziałam wtedy mojemu mężowi, że Pan od kota jeszcze się do mnie odezwie. 


O sprawie zapomniałam. Kota w tym czasie nie poszukiwałam, nastawiliśmy się na zakup malucha z hodowli, gdy już będziemy w Katowicach. I tak zleciały te 2 miesiące. W poniedziałkowe popołudnie siedziałam sobie spokojnie, jedząc obiad z moją córką, aż tu nagle przyszedł sms - wiecie, jak to wygląda w Androidach, w pasku powiadomień widać skrót wiadomości i numer, z którego pochodzi. Gdy więc zobaczyłam "Czy jest Pani wciąż zainteresowana?" z całkowicie obcego mi numeru, nie miałam pojęcia, o co może chodzić. Weszłam w dialog i moim oczom ukazał się mój sms z 15. listopada. "Proszę o mnie pamiętać, jakby jednak zdecydowali się Państwo oddać kocurka do adopcji". Zadzwoniłam. Ustaliłam szczegóły. Pan był bardzo sympatyczny. Podałam mu swój dokładny adres, bo pamiętał, w jakim miasteczku mieszkam z poprzedniej rozmowy i zapytałam, czy nie ma nic przeciwko podpisaniu umowy adopcyjnej, która zabezpiecza obie strony przed wycofaniem się. Nie miał. Powiedział, że wyjeżdża i będzie za 40 minut. 


Faktycznie, po 40 minutach otrzymałam telefon, że Pan jest już na mojej ulicy. W tle słyszałam płacz mojego przyszłego pupila. Z drżącym sercem wyszłam przed dom, trzymając w dłoni dokumenty adopcyjne, nie ubierając się nawet w płaszcz i czekałam. Nie minęła minuta, gdy pod moją posesję zajechał samochód. Właściciel kocurka wyskoczył, podpisał się, wziął swoją kopię, dał mi papiery. Potem wyjął z samochodu transporter, podążył za mną do korytarza mojego domu, wypuścił kota i tyle go w zasadzie widziałam. Na pewno było mu ciężko, dlatego oddanie kiciusia było takie szybkie - wiecie, jak zrywanie plastra przy depilacji. Szybko i porządnie, bez jęczenia. Wiedział, że kot będzie miał dobre warunki, bo opisałam mu je w listopadzie. Złapałam już w tym momencie mojego kota, przytuliłam mocno, zamknęłam drzwi za jego poprzednim właścicielem i udałam się do swojej sypialni. Wielki, majestatyczny kocur stał się w tym momencie małym, przestraszonym, drżącym kociakiem. Dziwicie się? Miał ciepły dom, ułożone życie, aż ktoś nagle mu to zabrał, wywiózł na koniec świata, pozostawiając w obcym miejscu, z obcymi głosami i zapachami. Serce pęka. Poniedziałkowy wieczór i praktycznie cały wtorek spędził za moim łóżkiem,w kąciku przy kaloryferze. Tam spał i dochodził do siebie, a ja nie ingerowałam za mocno, nie chcąc go dodatkowo stresować. Zapewniłam mu jedynie jedzenie, picie, kuwetę i spokój.


Dziś mamy czwartek. Bejrut jest już "u siebie". Adaptacja przebiega sprawnie. Stres już przeszedł, choć wymagało to dwukrotnej wizyty u naszej sąsiadki - wspaniałej Pani weterynarz, bo kitek miał takie drgawki ze strachu, że nie umiałam go uspokoić. Serce waliło mu jak szalone, był przerażony i zszokowany do granic możliwości. Obecnie jest na ziołowej terapii lekowej, która ma na celu uspokojenie i wyciszenie organizmu po szoku, jaki przeszedł. Pilnujemy też jego pęcherza, bo koty mają tendencje do zapadania na zapalenie tego organu w wyniku silnego stresu. 

Bejrut to niezwykłe zwierzę. Jest bardzo mądry. Dużo rozumie. Za większość słów odwdzięcza się kocią rozmową, mraukaniem i miaukaniem. Mruczy jak traktor, bo jest ogromny - w końcu to Maine Coon. Jest niezwykły. Wielki, piękny, a przy tym słodki i uroczy. Chodzący krok w krok za moją córką, nadzorujący z bezpiecznego miejsca jej zabawę. Całkowicie pozbawiony agresji - nawet w największym stresie nie fuknął na mnie i nie podrapał. Ufa mi, choć minęło dopiero kilka dni - widzę to po jego zachowaniu (ała, w tym  momencie zachciało mu się  bawić i podrapał mnie w stopę :D). W nocy śpi przyklejony do nas. Rozciąga się prawie na całą szerokość mojego 1,40m łóżka - jestem pod ogromnym wrażeniem jego gabarytów. :D I ten wspaniały ogon!


Bejrut został trochę skrzywdzony, ale mam nadzieję, że ogrom miłości, jaki u nas dostanie, wynagrodzi mu ten fakt. Mam także nadzieję, że już zapomina o swojej starej rodzinie i nie ma do nich żalu - w końcu oddali go w najlepsze ręce z możliwych. :) Bejrut swoim przysposobieniem i pięknym wyglądem "kupił" już także moich rodziców, którzy są nim zachwyceni. Karmią go rybą, głaszczą, miziają. Jego się nie da nie kochać! <3 

A ja - jestem szczęściarą. Bo to właśnie do mnie trafiło takie mądre i kochane zwierzę. Cieszę się, że w wyniku adopcji trafił do nas - wiem, że jest tu bezpieczny i nikt go nie skrzywdzi, a innym ludziom bym nie potrafiła zaufać w tym temacie. Znów jestem kociarą i kocham to! :)

You Might Also Like

0 komentarze