Boom Boom? Czy bubel? Tusz Wibo.

17:19


Cześć!

Nigdy nie robiłam recenzji tuszy do rzęs - wynikało to z faktu, że moje rzęsy nie prezentowały się dobrze, nawet przy najlepszym dla nich tuszu. Teraz, gdy jestem po kuracji Inveo (a raczej wciąż używam tej odżywki - klik!), moje rzęsy są wystarczająco długie, aby zaprezentować właściwości recenzowanego przeze mnie tuszu. Dziś więc w kilku słowach o legendarnym w blogosferze Wibo Boom Boom. Czy przypadł mi do gustu? Dowiecie się poniżej. 


Wibo Boom Boom Mascara to tusz w grubym, dużym opakowaniu - przypomina mi pod tym względem Essence I <3 Extreme. Opakowanie mimo wszystko jest poręczne, szczoteczkę dobrze się trzyma w dłoni i bardzo łatwo nią operuje. Nie ma problemu z domknięciem opakowania. 


Szata graficzna nie powala - jasnozielone opakowanie z czerwoną, prostą grafiką. Nie kojarzy mi  się ono z niczym wyrafinowanym, raczej z przeciętną maskarą dla nastolatki. 

Cena tej maskary to około 10zł, więc tak naprawdę na każdą kieszeń.


Szczoteczka jest tutaj duża i nabiera zdecydowanie zbyt dużo produktu - kolejne podobieństwo do Essence I <3 Extreme, tym razem konkretnie już do Crazy Volume Mascara. Kosmetyk ma przyjemną, kremową formułę, którą bardzo łatwo się nakłada. 

Tusz ma pogrubiać i podkreślać rzęsy, nadawać naszemu spojrzeniu charakteru. 


Widzicie na powyższym zdjęciu grudki? Bo ja widzę. A to tylko jedna warstwa maskary. Rzęsy wyglądają ładnie, są mocno przyciemnione, pogrubione i tusz ich nie obciąża (nie użyłam żadnej zalotki), ale... No właśnie - jest ale. Tusz tworzy grudki na rzęsach, które potem w ciągu dnia opadają pod oczy, co wygląda bardzo nieestetycznie. Poza tym tusz się kruszy, a rzęsy po pomalowaniu są nieprzyjemnie sztywne, niczym patyki. Po 8h noszenia nie prezentuje się już ładnie - na połowie rzęs nie ma wcale maskary, a reszta znajduje się pod okiem. 

Ja jestem na nie, a Wy?

You Might Also Like

0 komentarze