Oddam siebie za ochłap!

16:40

Hej!

Postanowiłam Wam dzisiaj - ku przestrodze - napisać o pewnej "współpracy" blogowej, jaką miałam "okazję" zawrzeć. Nie od dziś wiadomo, że wiele firm wręcz zabija się o blogerki, a z drugiej strony duża ilość producentów traktuje nas jak zło konieczne, tanią siłę roboczą i osoby, które zrobią wszystko za byle produkt do testów. 

Ja bardzo, ale to bardzo rozważnie przyjmuje (a najczęściej odrzucam) propozycje współpracy. Powód? Bardzo prosty - nie będę się dostosowywać do czyjegoś widzimisię na temat kosmetyków i pisać samych pochwał, a tego producenci czy też dystrybutorzy najczęściej oczekują. Ja jestem szczera i nie będę chwalić tutaj niczego, co mi się nie podoba - jak by to wyglądało w oczach moich czytelniczek, czyli Was? No jak? Bardzo kiepsko. Chcę być wiarygodna, więc nie przyjmuję nigdy współprac na takich warunkach. Odrzucam także te, gdzie firma kosmetyczna proponuje mi "AŻ" produkt za 10zł, o którym MUSZĘ napisać i pięknie go pokazać. Nie. Stać mnie na kosmetyki i nie interesuje mnie testowanie ochłapów. Jak widzicie, na moim blogu nie ma w tej chwili żadnych banerów reklamowych, jedynie te łączące mnie z portalami. Nie czuję się z tym źle. 

No ale, przejdźmy do rzeczy. 

Jakiś czas temu, mailem zaszczyciła mnie jedna z polskich drogerii internetowych (a tych jest multum, także nie proście mnie, abym podała, o który sklep chodzi, bo tego nie zrobię - nie mam ochoty się potem z nikim szarpać). Tym razem nawet się nie zastanawiałam, tylko propozycję przyjęłam - miał to być czysty, uczciwy barter, gdzie ja piszę szczerze o produkcie, a oni po prostu przysyłają mi duże paczki z kosmetykami do testów. To miała być współpraca długofalowa, głównie kolorówkowa, tak więc warunki mi generalnie odpowiadały. Nie było żadnej umowy pisemnej, bo i po co? Jak się okazuje, był to błąd.

Po niedługim czasie, dostałam maila od owej drogerii, że paczuszka dla mnie jest w drodze i bardzo proszą o fajną recenzję produktu. Tu powoli zaczęły się schody, bo temat wszedł na "fajną", a nie "proszę napisać to, co Pani rzeczywiście myśli", jak to było wcześniej ustalane. No ale, pomyślałam, że to może błąd w mailu, tzn źle sformułowane zdanie. Paczka przyszła następnego dnia i... padłam. Spodziewałam się - zgodnie z naszą "umową" - paczki, a nie malutkiej, pogiętej koperty bąbelkowej, a w niej tuszu do rzęs z napisem...TESTER. Nie no, komedia z samego rana. Pomyślałam, że może pomylili adresatów czy coś w tym stylu i napisałam do nich maila. Dostałam odpowiedź, że to "Tak na początek, chcemy Panią sprawdzić. Przecież to dobry tusz, nie ma co wybrzydzać.". Serio? 

Serio mam harować kilka godzin za TESTER drogeryjnego (Max Factor 2000kcal) tuszu do rzęs? Mam spędzić kupę czasu nad zdjęciami, estetyką i poprawnością tekstu po to, aby jaśnie państwo z owego sklepu stwierdzili, czy się nadaję, czy nie? Mam testować produkt wątpliwej świeżości na własnych, wrażliwych rzęsach i jeszcze powklejać aktywne linki w notce? Naprawdę?!

W tym momencie cycki mi opadły do samej ziemi. To pokazało, jak wiele sklepów nie szanuje blogerek. Jeszcze rozumiem tę sytuację, gdybym napisała sama do tej firmy, ale nie, nigdy nic do nich nie pisałam, nawet nie robiłam u nich zakupów - propozycja padła z ich strony i była zupełnie, zupełnie inna, niż rzeczywistość. Nie robię zdjęć tapczanem, mój blog jest estetyczny, czytelny, w postach nie znajdziecie ani jednego błędu ortograficznego. I ja mam psuć to wszystko za tester... Ale że naprawdę?! Mam nadzieję, że mój szczery mail poszedł im w pięty. 

Ja się nie godzę na takie traktowanie mojej pracy. I wkurza mnie, gdy widzę blogereczki, które oddadzą WSZYSTKO za podkład, który kosztuje w sieci 15zł. Tak to się potem kończy, że wartościowe blogi giną w tym zgiełku testerek chętnych na wszystko. Ludzie, ceńmy naszą pracę! Blog to też praca, do cholery! Jak byście się czuły, gdybyście pracowały na etacie i za 2h pracy dostałybyście 10zł? Bo ja bym nigdy do takiej pracy nie poszła. 

Dlaczego Wam to piszę? Ku przestrodze. Aby te blogerki chętne na wszystko przeczytały to i pomyślały czasem, zanim się zgodzą na byle co, bo stajemy się byle kim w oczach dystrybutorów i producentów przez takie zachowanie. Na pewno znajdzie się niejedna osoba, która nie zrozumie mojego wkurzenia, bo przecież Max Factor 2000kcal to dobry towar! No pewnie, że dobry i byłby dobry, gdyby mój egzemplarz nie miał wielkiego napisu TESTER i gdyby nasza umowa nie była inna. Nie zgodziłabym się na tester ani na reklamę za tusz. Jak można pracować za tester? Testery są darmowe dla dystrybutorów. Oni je dostają za friko, a potem dają blogerkom i mają nadzieję na darmową reklamę, a owe blogerki nie widzą niczego złego w pracy za tester. Seriously?! 

Ja takiemu traktowaniu mojej pracy mówię stanowcze NIE.

You Might Also Like

39 komentarze