IDEALNY bronzer? Tak, to on! A raczej - ona.

13:48

Hej!

Wczoraj na pejdżu zapytałam Was o mój ulubiony bronzer - byłam pewna, że wszyscy zgadną, o jaki kosmetyk chodzi, bo często go używam na filmikach, ale jednak nie. Nikomu nie przyszedł do głowy ten jeden produkt, choć padło wiele innych nazw. ;) 

Zawsze mówiłam (albo raczej - pisałam, ale w sumie mówić też mogłam, bo przecież nagrywam...), że jestem chłodno - neutralnym typem urody, a więc wszelkie ciepłe bronzery nie zdają u mnie egzaminu, bo wyglądam, jakbym się wysmarowała cegłą (a najgorzej chyba wygląda na mnie Sunkissed z Miyo...). Latem udało mi się wyhaczyć całkiem obiecujący produkt z Pierre Rene - był to bronzer Bronzing Face, który miał piękny odcień, pozbawiony pomarańczowych tonów, jednak miał też jeden minus - wykończenie. Nie był matowy, tylko satynowy. O ile satynowy bronzer na policzkach jest jak najbardziej okej, o tyle na czole i reszcie twarzy - już niestety nie. Używałam go ostrożnie przez całe lato, ale stwierdziłam, że to jeszcze nie to. 

W pewnym momencie postanowiłam kupić Hoolę z Benefitu - już miałam ją w dłoni, już szłam do kasy, ale ostatecznie - odłożyłam na półkę, bo do głowy przyszedł mi jeszcze jeden produkt, o którym słyszałam już wcześniej legendy - mianowicie, Bahama Mama firmy theBalm. Trzy razy tańszy, niż Hoola, a do tego ciemniejszy i chłodniejszy. Postanowiłam zaryzykować i kupiłam w ciemno, ponieważ theBalm nie można dostać stacjonarnie, a więc nie miałam szansy, aby go pomacać, czy zeswatchować. Opierając się na swatchach w necie, kupiłam. Przyjechał, otworzyłam i... oczarował mnie. Albo może - oczarowała? W końcu to Bahama Mama. ;) 


Jeśli znacie firmę theBalm, to na pewno wiecie, że design opakowań ich kosmetyków jest słodki i uroczy, zalatujący delikatnie Vintage - tak jest w przypadku Bahama Mamy, której opakowanie jest solidne (choć papierowe, ale grubości okładki brulionu), zamykane na magnes - nigdy się samo nie otwiera, więc zawartość jest bezpieczna. Nie ma też szans, aby się połamało - szczerze powiedziawszy, to nie wiem, co trzeba robić z opakowaniami theBalmów, aby je uszkodzić... 

Na wierzchu widzimy prześliczną kobietę w hawajskim (albo może raczej: bahamskim? ;)) stroju. Opakowanie kojarzy się z tropikami, wakacjami, słońcem i opalenizną. 


W środku znajdziemy nieco ponad 7g produktu - taką gramaturę ma wiele firm, więc można to nazwać już prawie standardem. Pewne jest, że nie da się tego zbyt szybko zużyć. ;)

Za taką ilość trzeba zapłacić około 60zł, czasem da się "wyrwać" taniej, przy okazji jakichś promocji. Ja swoją Mamę kupiłam akurat za 55zł, co jest dobrą ceną - a już na pewno rewelacyjną w porównaniu do Hooli (169zł, albo 159zł). 


Wewnątrz opakowania znajdziemy bronzer i lusterko, które jest bardzo przydatne, jeśli chcecie sobie zrobić np poprawki w ciągu dnia, albo chociażby wykonujecie makijaż w biegu (np w samochodzie, przed zajęciami na uczelni, jak to często mam w zwyczaju...). 

Mam nadzieję, że nikomu nie będzie przeszkadzał fakt, że opakowanie jest całe w produkcie - ja go po prostu non stop używam. ;)
Na temat samego produktu mogłabym śpiewać arie. Dla mnie jest perfekcyjny - przede wszystkim, kolor jest idealny. Nie ma w nim pomarańczowych tonów, na skórze wygląda perfekcyjnie - całkowicie neutralnie, nie zajeżdżając przy tym ani odrobinką niezdrowego, sinego (czy też - brudnego) konturu. 

Nie jest to najjaśniejszy bronzer, dlatego osoby z bardzo jasną karnacją, lub mniej wprawione w konturowaniu, powinny uważać - nieumiejętnie nałożona Mama może zrobić plamy. 


Jeśli jednak ma się wprawną rękę, to Mama jest perfekcyjna. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią mocne konturowanie, widoczne, nadające twarzy ciepła i trójwymiarowości. Mama współpracuje z większością pędzli, jednak im miększe i mniej zbite włosie - tym lepiej. Ja najbardziej lubię ją nakładać moim niewielkim puchatkiem z Revlonu.

Bahama Mama jest oczywiście matowa, jednak nie jest to brzydki, tępy, płaski mat, tylko delikatniutko satynowy mat. Perfekcyjny mat. 

Tu możecie go zobaczyć w akcji:



Jak widzicie, bronzer nie tworzy plam, można stopniować jego nasycenie, a wygląd twarzy jest przy tym świeży, zdrowy i naturalny. 

Ja jestem zakochana w tym produkcie - dla mnie jest to bronzer idealny i nie wiem, dlaczego przez tak długi czas wstrzymywałam się z zakupem. Ma perfekcyjny odcień, nie ściera się i sam z siebie nie robi plam, trwa od rana do wieczora, jest intensywnie napigmentowany, nie kruszy się, nie osypuje, ma piękne wykończenie - czego chcieć więcej? Produkt perfekcyjny. Nie wiem, kiedy go wykończę, bo używam go bardzo intensywnie już z 2 miesiące (nie tylko na sobie), a ubytku nie widać, co świadczy o jego wydajności, ale na pewno kupię drugie opakowanie, jak już mi go zabraknie. ;)

A Wam - jak się podoba Bahama Mama?

You Might Also Like

10 komentarze